Projekt Dzikiej Jabłoni „Przygody z książką” – cz. 7 Pożegnanie

Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Niestety to, co miłe, kończy się wyjątkowo szybko. Nie inaczej jest i teraz. Jest to bowiem nasze ostatnie już spotkanie w ramach

Print

Projektu o tyle ważnego dla mnie, że zmotywował mnie do założenia tego bloga.

W tym ostatnim wpisie chciałabym podzielić się pomysłami na zainteresowanie dziecka książką. No bo nie oszukujmy się. Nie wszyscy odkryli w sobie miłość do nich. Mało tego, niektórzy wręcz ich niecierpią. Niekiedy taka postawa bierze się z tego, że w domu nie przywiązuje się uwagi do literatury. Jest ona traktowana jako coś, co ogłupia. Bywa też wręcz odwrotnie. Nadambitni rodzice czy dziadkowie zmuszają dzieckko do czegoś, co powinno być dla niego przyjemnością.

Jeśli dziecko niechętnie sięga po książkę, warto je zachęcać małymi kroczkami. Dobrym sposobem jest samodzielne wykonanie zakładki. Bo któż nie sięga chętniej, co wykonało samo lub zostało wykonane specjalnie dla niego.

A pomysłów na zakładki jest bardzo dużo. Bez problemu znajdziemy je w internecie. Ja bardzo lubię haftowane.

Zdjęcie0317

We wzorach można przebierać. W zależności od tego, co lubi osoba, którą chcemy obdarować. Jeśli jednak zupełnie nie mamy pomysłu lub jest wzorów tak dużo, że nie możemy się zdecydować, możemy wyszyć imię

Zdjęcie0318

Może to być bardzo miły upominek dla dziecka.

Innym pomysłem może być samodzielne wykonanie zakładki przez dziecko. Okazji jest wiele: imieniny, urodziny, Dzień Matki, Ojca, Babci, Dziadka

Zdjęcie0316 Zdjęcie0315

Ogranicza nas tylko i wyłącznie nasza wyobraźnia. Bo dzięki niej możemy dopasować pracę do umiejętności dziecka.

Projekt Dzikiej Jabłoni „Przygody z książką” – cz.6

Kolejny spóźniony wpis. Czas tak szybko leci, ze nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Powoli pora już kończyć wpisy w ramach projektu

Print

Lecz „nie dziś jest na to czas” 🙂 Czeka nas bowiem jeszcze jedno spotkanie i spóźniony wpis 🙂

Były już recenzje książek drukowanych i audiobooków. Było o ilustracji. Dzisiaj chciałabym jednak trochę powspominać. Przenieść się do lat dziecięcych.

Już jako mała dziewczynka uważałam, że książka to mój najlepszy przyjaciel. Jesień i zima nie kojarzyły mi się z radosnym skakaniem po kałużach czy zjeżdżaniem z górki na sankach, lecz z długimi wieczorami, podczas których mogłam w spokoju oddać się największej przyjemności. A że dodatkowo byłam chorowita, to nikt mnie na siłę nie „wypędzał” na dwór. 🙂

Moi rodzice zawsze dbali by rozbudzać w nas miłość do książek. Miałam kilka ulubionych. Takich, do których wracałam bardzo często. Niekiedy tak często, że trafiały w ręce introligatora by dalej cieszyć małą dziewczynkę.

Taką najbardziej zaczytaną książką były dla mnie „Baśnie” Andersena. Do dziś je uwielbiam. Mają w sobie coś niesamowitego. Coś, co nie pozwalało mi postać obojętną na losy „Dziewczynki z zapałkami”, „Małej Syrenki”, „Stokrotki”, „Choinki”. To coś kazało mi wciąż wracać do „Pięciu ziarenek fasoli” czy „Calineczki”. Współczuć bohaterce „Czerwonych trzewików” oraz „Dziewczynie, która podeptała chleb”. Płakałam, śmiałam się, trzymałam małe kciuki za dobre zakończenie (co u Andersena takie oczywiste nie jest). Przeżywałam je na właściwy sobie sposób. I to nie tylko ze względu na treść. Miałam dwie książki tego autora. Jedna z nich to

Zdjęcie0301

Z mało ciekawymi, jak dla mnie, ilustracjami. Były one nudne dla małej dziewczynki. Takie dwukolorowe z mało realnymi postaciami, które przypominały bardziej jakieś ely niż ludzi.

Zdjęcie0300

Druga wersja, ta ulubiona, była ilustrowana przez J. M. Szancera. Ilustracje te były uzupełnieniem baśniowego świata. Nic tu nie wydawało się przypadkowe. Przypominały mi dzieła sztuki w minaiturze. I nie tylko te barwne. Nawet te czarno biały mają w sobie magiczną moc.

Zdjęcie0295 Zdjęcie0303  Zdjęcie0294 Zdjęcie0293

Inna książka, która kojarzy mi się ze szczęśliwym dzieciństwem to ‚Klechdy Sezamowe”. Niestety, o ile oba zbiory „Baśni” Andersena posiadam do dziś, to ta pozycja nie przetrwała próby czasu. Nawet nie pamiętam dlaczego. Bo była to jedna z pierwszych książek, które pamiętam. Miałam z nią kontakt gdy jeszcze sama nie potrafiłam czytać. O Aladynie, Ali Babie czy Parasadzie czytali mi rodzice do snu. Aż dziw bierze, że wciąż to pamiętam. I choć jestem pewna, że nie była to jedyna czytana przez nich książka, to jednak tylko tę pamiętam.

klechdy

Zresztą w ogóle byłam „baśniowym dzieckiem”. Rozczytywalam się w nich do tego stopnia, że niektóre znałam dosłownie na pamięć. Nawet jeśli nie całe, to znaczne ich fragmenty. Jedną z takich ulubionych była „Piękna i Bestia”. I oczywiście nie wersja Disney’a. Nie jestem niestety w stanie przypomnieć sobie komu przypisywano jej autorstwo. Nie miałam tej książki w domu lecz często ją wyporzyczałam. Nie zwracałam więc wtedy uwagi na takie „drobiazgi”. Bohaterka tej baśni była jednak moją ulubienicą. Urzekło mnie jej poświęcenie by ratować ojca. Poza tym opowieść ta uczy bardzo ważnej prawdy, aby nie oceniać ludzi po tym, jak wyglądają. Bo to, co najpiękniejsze ukryte jest w środku. Niekiedy bardzo, bardzo głęboko. I nie zawsze to dostrzegamy.

Bella

Kolejną ważną dla mnie pozycją była już nie baśń, lecz legenda spisana przez Polaka-Indianina znanego jako Sat-Okh. Ten pierwszy kontakt z wierzeniami Indiańskimi procentował bardzo szybko. Zaczęłam sięgać po inne pozycje tego autora. Zwłaszcza, że już nie byłam takim małym dzieckiem. W głębi serca marzyłam, by być wodzem Indian. Miałam bardzo romantyczne wyobrażenie o tym, jak teraz żyją. Chciałam poznać nie tylko ich wierzenia, ale również historię i kulturę.

Sat Okh

Chciałabym opisać jeszcze jedną książkę, która wywarła wielki wpływ na moje dzieciństwo. Chodzi mi o lekturę „O psie, który jeździł koleją”. Ileż to łez wylałam czytając o przygodach Lampo.

Zdjęcie0302

No dobrze, koniec na dziś. Mam nadzieję, że nie zanudziłam nikogo i dobrneliście do końca 🙂

Projekt Dzikiej Jabłoni cz 5

Na samym początku chciałam gorąco przeprosić wszystkich za nieobecność. Zwłaszcza wtedy, gdy powinnam publikować posty w ramach projektu Dzikiej Jabłoni, do którego zgłosiłam niniejszy blog.

Aby więc nie tracić czasu, przejdę od razu do rzeczy i zacznę nadrabiać zaległości.To już nasze piąte spotkanie w ramach projektu

Print

Chciałabym poruszyć dzisiaj temat, który dla mnie jest bardzo ważny. Mianowicie ilustracje. Każdy z nas, wybierając jakąś pozycję, czymś się kieruje. Wydawnictwem, treścią, autorem, ilustracjami, czcionką. Ważne jest to, do kogo książka ma trafić. Tak, wiem. Wiele osób kupuje w ciemno. To, co polecają inni, co jest modne. Nie zgłębiają się czy treść jest odpowiednia do wieku dziecka. A już najmniej zwracają uwagi na ilustracje, które mają być jedynie „uzupełnieniem”, czymś mało znaczącym. Czymś, dzięki czemu można rozróżnić książkę dla dzieci od tej dla dorosłych.

Mam nadzieję jednak, że wśród was nie ma aż tak wielkiej ignorancji. Bo nawet jeśli do tej pory nie zwracaliście uwagi na to, co obok treści zawiera wybrana przez Was książka, to jednak nie wybraliście „pierwszej lepszej”.

Już jako dziecko zwracałam uwagę na obrazki. Nie musiałam znać ich autorów, wystarczyło to, że były barwne, w odpowiedniej tonacji, przedstawiające postaci najbardziej zbliżone do tych jakimi są w rzeczywistości. Nie lubiłam karykatur, ilustracji zbyt ciemnych, zbyt jaskrawych lub jednokolorowych (chyba, że czarno-białe lub niebiesko-białe).

Moim absolutnym numerem 1 były ilustracje do moich ukochanych „Baśni” H.Ch Andersena autorstwa Szancera.

Zdjęcie0295

Było w nich, i według mnie wciąż jest, coś wyjątkowego. Przemawiały do mnie nie mniej niż baśnie. Czułam w nich smutek Dziewczynki z zapałkami, dumę Ołowianego Żołnierzyka czy przeraźliwy chłód Królowej Śniegu. Bardzo żałuję, że dzisiaj odchodzi się od takich ilustracji. Wniosły wiele do mego dzieciństwa. Zresztą tego autora ilustracje mogłam podziwiać również w książeczce z wierszami Tuwima.

Ilustracja pełni wiele funkcji. Pomaga przeżywać twórczość, wpływa na rozwój wyobraźni czy uczuć. Wprowadza również dziecko w świat sztuki.

Co sprawia, że dziecko zachwyca się ilustracjami bądź wręcz od nich stroni? Przede wszystkim powinny poruszać to, co dziecku jest bliskie, co jest dla niego ważne. Nie bez znaczenia jest więc wiek dziecka. Inaczej obraz odbierają maluszki, a inaczej starsze dzieci, młodzież czy dorośli. Im dziecko młodsze, tym bardziej kolory powinny być nasycone. Jak najmniej powinno być w nich szarości i barw brunatnych. Wiadomo jednak, że ulubiony kolor zmienia się z wiekiem. Podobno aż do 14 roku życia dzieci wolą ilustracje, których forma jest wyraźnie zaznaczona, a kontury zwarte.

Zdjęcie0294

Początkowo, mniej więcej do 5 roku zycia, dzieci zwracają uwagę na wyraźne kontury, małą ilość elementów, czyste i jasne barwy, wyraźną mimikę oraz pogodny nastrój który wyczytać mogą z ilustracji.

Stopniowo jednak ich odbiór obrazu się zmienia. Szukają w nim zgodności z rzeczywistością. Chyba, że sa to n.p baśnie. Zwracają uwagę na barwy ciepłe. Z czasem (około 10 roku życia) przyćmione. Wyrazistość jest wciąż ważna, choć nie tak bardzo jak dla dzieci młodszych.

Zdjęcie0293

Nie bez znaczenia pozostaje również fragment tekstu, który jest zilustrowany. Dla małych dzieci ważne jest, aby dotyczył on uczuć. Nieco starsze oczekują jakiegoś ważnego momentu.

Niestety, przeglądając książki w księgarniach czy bibliotekach nie trudno zauważyć, że te zasady są całkowicie obce niektórym wydawnictwom. Przykładem może być Kitty, która nie ma ust, czy choćby słynny Pan Pierdziołka. Mam nadzieję jednak, że to się zmieni i znowu będziemy mogli dzieła sztuki w miniaturze.

Na zakończenie przedstwiam dwie ilustracje do tej samej baśni. Obie dwukolorowe. Która z nich bardziej do was przemawia?

Zdjęcie0300 Zdjęcie0303